Yearly Archives: 2012

Tweakowanie po androidowemu

xperia-x10-icsPostanowiłem zmienić ROM systemu w mojej wysłużonej i zasłużonej Xperii X10 (Sony Ericsson). Oficjalny ma straszne problemy z wydajnością, co więcej, postępujące w czasie.

Pogrzebałem i znalazłem projekty grupy Feralab, która to grupa specjalizuje się w tweakowaniu Androida własnie pod Xperię X10. Swego czasu czytałem o FeraLab “2.3.9”, czyli usprawnionym oryginalnym sofcie, a teraz dodatkowo znalazłem i autorską betę Androida 4, czyli Ice Cream Sandwich – nie mogłem się nie pokusić o spróbowanie, zwłaszcza że miało być lepiej, szybciej i przyjemniej.

Pamiętając czasy świetnie modowalnych starszych Sony Ericssonów, postanowiłem poflashować. Pobawiłem się wgrywając kernele podejrzanymi toolami, pocieszyłem się patrząc na kolorowe animacje tweakerów, aż wreszcie dotarłem do ICS-a. Wygląda świetnie na X10, działa też sprawnie, z tym małym wyjątkiem, że przynajmniej 1/3 używanych przeze mnie aplikacji crashuje aż miło.

Szlag by to – pożałowałem i zmieniłem software na planowany wcześniej, czyli wspomniany 2.3.9. Tu jest dużo lepiej, jakkolwiek ROM wgrywałem ładnych parę razy – przede wszystkim dlatego, że ma sporo ciekawych ustawień (motywy rządzą, przynajmniej namiastka Holo z ICS jest), ale przede wszystkim dlatego, że czasem zainstalowało się wszystko, a czasem podstawowe funkcje, nomen omen, telefonicznie nie działały.

Tweakerzy wyraźnie informują, że soft musi się “rozepchać” i pokazuje swoje najlepsze strony dopiero po 1-2 dniach – zawierzę tym słowom, bo o ile zabawa jest zabawą, to nie jest tak pięknie, jak być powinno. Wprawdzie wszystkie appki z Google Play działają, to bardzo lubiane przeze mnie pakiety spoza niego, jak np. Moloko czy open-source’owy klient OwnClouda, już niezupełnie (po ponownej reinstalacji udało się je uruchomić poprawnie).. A wydajność jest dyskusyjna – smartfon potrafi śmigać aż miło, ale potrafi też się przycinać jak głupi.

Szczęśliwie, stan pierwszy – śmiganie – raczej dominuje, więc nie jest źle. A i instalacja tego software’u jest emocjonująca (nigdy nie wiadomo, czy smartfon wstanie ;-), więc to pewnie nie koniec zabawy. Zobaczymy, jak będzie dalej, zwłaszcza, jak wypuszczą wersję oficjalną… albo nawet, następną betę tego ICS-a.

SteamBox – pomoże rynkowi gier?

O ile SteamBoksa sam raczej nie kupię, to uważam, że mógłby bardzo poprawić sytuację na rynku gier. Wszyscy producenci, którzy nie chcą produkować gier na PC z powodu ogromu konfiguracji, dostaliby jedną, łatwą do programowania platformę. A gracze pecetowi dostaliby dużo portów, które by się odpalało bez większych problemów na równie mocnych/lepszych konfiguracjach od SB.

Gabe Newell (Valve) o SteamBox

Post-pudełkowa nisza

Wraz z rozwojem rynku – w tym przypadku gier komputerowych – zdarza się, że tworzą się ciekawe i niekoniecznie zrozumiałe, na pierwszy rzut oka, nisze.

Gry komputerowe wyewoluowały i w przeciwieństwie do innych dóbr kultury, bezproblemowo rozwijają się na przestrzeni cyfrowej – jak należałoby tego oczekiwać od produktów, które są plikami wymagającymi komputera do zaprezentowania siebie.

Sprzedaż gier dystrybuowanych online na Steam, PSN, Xbox Live niesamowicie rośnie (tak samo na mniejszych serwisach, typu Green Man Gaming, GoG.com, czy rodzimym CDP.pl), a co za tym idzie, procent ludzi kupujących gry fizyczne, w pudełkach, stopniowo maleje.

Pomimo to, na świecie, a zwłaszcza w Polsce, gracze mają sentyment do pięknych, nawet droższych wydań w kartonowym pudełku, które dumnie stoją na półce – fizyczne gadżety łechcą i wcale nie chcemy się ich pozbywać.

Nie mówię nawet o edycjach kolekcjonerskich, które nieodmiennie robią wrażenie i budzą podziw jakością wykonania.

W obliczu galopujących ofert promocyjnych w serwisach cyfrowych, przecen sięgających 90%-100%, nawet najbardziej nieprzekonani do cyfrowej dystrybucji gracze kupują swoje wyczekiwane tytuły… po czym dokupują do nich pudełka.

Brzmi egzotycznie? Jak najbardziej, może się to wydawać na pierwszy rzut oka przynajmniej dziwne, ale najlepiej swoje przywiązanie udowadniają ludzie, którzy zaczęli kupować puste pudełka po grach w serwisach aukcyjnych (pozostające np. ze sprzedaży samych kluczy rejestracyjnych). Ceny nie są wygórowane, na Allegro takie pudełka są wystawiane zazwyczaj poniżej 10 PLN. Sam już dwa razy skorzystałem z takiej oferty w przypadku świetnych tytułów z pakietem Steamworks (a więc uzależnionych od tej usługi), które kupiłem na „wyprzedaży”, aby następnie dokupić pudełka na półkę.

Powstała więc nisza. Teraz pytanie – jak szybko zacznie ona być wypełniana bardziej oficjalnie, niż na Allegro?

Sklepy (Ultima, Gram.pl) nie mogą sobie pozwolić na sprzedawanie oddzielnych pudełek, nawet jeśli wyprzedają klucze – pytanie, czy coś się zacznie z tym dziać, należy więc do dystrybutorów. O ile GoGowi byłoby ciężko wysyłać pudełka całemu światu, to lokalny CDP.pl mógłby zaatakować.

Fascynaci będą usatysfakcjonowani, dystrybutorzy dostaliby dodatkowe źródła zarobku, rynek cyfrowy mógłby w ten sposób nawet przyspieszyć ekspansję.

Uwaga, krytycznie zły update [Windows 8]

No tak, pochwaliłem nowy system od Microsoftu, to postanowił mnie za to ukarać. Bardzo dobitnie, bo wysypał się tak, że nie było jak go odratować – przy włączaniu ekrany moich monitorów migotały, mogłem pomachać kursorem… i na tym kończyła się aktywność systemu. Wymuszony safe mode zachowywał się tak samo, więc coś wydającego się początkowo drobiazgiem okazało się być problemem krytycznym. Google nie jest zbyt pomocny – problem się w nim pojawia, ale podstawowa receptura to “refresh”!

Automatic Repair z płytki nie podziałał, mogłem jedynie zrobić ww. refresh systemu, co zupełnie nie jest rozwiązaniem – nie po to robię upgrade OS z mojej mocno modowanej siódemki, aby teraz wszystkie te zagrzebane w rejestrach ustawienia & dziwne-wyjątki-dla-programów tracić.

Ostatecznie przywróciłem obraz partycji z siódemką, ponowiłem męczący dla mnie i komputera proces upgrade’u do ósemki (trwał na mojej maszynie ładnych parę godzin, ale uważam, że warto), i przed ponownym pobraniem aktualizacji zrobiłem kolejny [świeższy ;)] obraz partycji.

I słusznie, bo problem się powtórzył. Jak wcześniej update’y nie chciały się zainstalować (komputer blokował je obronnie, najwyraźniej) i musiałem je wymusić zatrzymując parę usług, to po całym procesie nawet się nie zapytały, tylko od razu napsuły.

Oficjalnie problem jest nieznany. Występuje tak samo opisany, ale dla komputerów z UEFI (nowszą konkurencją dla BIOSów), jak się dowiaduję ze strony MS. Cóż, wychodzi na to, że jedyne rozwiązanie na tę chwilę, to instalować wyłącznie krytyczne poprawki, przynajmniej do wykrycia, która to konkretnie tak psuje.

Gry Infinity (Baldur’s Gate, Torment, Icewind Dale) na Windows 8

Windows 8 to bardzo dobry system – zwłaszcza, że dzięki promocji bardzo tani, a przy wykorzystaniu takich pożytecznych programów jak Classic Shell, czy Ribbon Disabler – oferujący więcej niż Win7, a także dzięki optymalizacji i dobrym rozwiązaniom (nowy Menedżer Zadań czy system kopiowania), sprawniejszy od poprzednika.

Jest też bardzo porządnym systemem do gier, niestety przez zmiany w obsłudze DirectDraw pojawiają się problemy z wydajnością z niektórymi starszymi tytułami, takimi jak gry na silniku Infinity (Baldur’s Gate, Planescape: Torment, Icewind Dale, etc.).

Szczęśliwie tym problemom da się łatwo zaradzić – wystarczy zmienić jedno ustawienie systemowe za pomocą programu DirectX Control Panel, który znajduje się w… DirectX SDK (żeby nie ściągać dużej paczki, mały mirror z samym programem). Mianowicie – należy odznaczyć opcję “Use Hardware Acceleration” w zakładce “DirectDraw”.

I już – śmiga!

(Uwaga – z kolei dla niektórych tytułów owa opcja musi być zaznaczona dla płynnego działania. Nie jest to więc bardzo wygodne rozwiązanie, bo trzeba o tym pamiętać, tym niemniej, długi sesje w staroszkolne cRPGi nie są bardzo utrudnione). ;-)

 

Dlaczego OwnCloud to świetne rozwiązanie

Podoba mi się, co tzw. technologia chmur robi z rynkiem usług konsumenckich, nawet jeśli owe usługi nie są rewolucyjne. Nie podoba mi się za to, że połowa chmur leży w rękach wielkich usługodawców, którzy nie mają problemów z odcięciem dostępu do danych użytkownika z dnia na dzień.

Dlatego też sam, po paru próbach, m.in. z Dropboksem, który zdecydowanie mnie nie urzekł i SugarSync’iem, który z kolei jest bardzo dobrą usługą, postanowiłem przejść na swoje. Umożliwił mi to open-source’owy projekt OwnCloud, notabene rozwijany przez grupę KDE. OwnClouda wystarczy zainstalować na obsługującym go serwerze , a że wymagania nie są duże (można go zanstalować nawet na IIS pod Windows 7!), to najprościej jest go odpalić chociażby na hostingu www (tu z kolei polecam Dreamhosta, zero problemów z wdrażaniem OC).

Co daje własna chmura na OwnCloud?

1) Świetną synchronizację dowolnych folderów – podstawowe chyba wykorzystanie dowolnej chmury konsumenckiej, ograniczone jedynie własnym miejscem/hostingiem ;-) OC ma rozwijane na bieżąco klienty (oczywiście również open-source’owe, każdy paranoik może sprawdzić kod) dla Windowsa, sporej ilości dystrybucji Linuksa, OSX-a.

2) Zarządzanie kalendarzami, kontaktami, z WebDAV-em i innymi zabawkami;

3) Prywatność i poczucie bezpieczeństwa.

A także wiele więcej – mamy tutaj i wersjonowanie plików, jak i możliwość zakładania kont dla użytkowników, zarządzanie uprawnieniami, streaming video&audio dla dowolnych urządzeń, klienty mobilne…

Update:

Niestety, jak to czasem bywa z projektami open source, trzeba uważać na aktualizacje. Warto się orientować, którą wersję polecają użytkownicy, bo nowe potrafią wprowadzać nowe błędy. Osobiście polecam wersję 4.5.0 serwera i 1.1.1 klienta.

Linki do pobrania:

Aktualna – serwer Aktualna – klient

4.5.0 – serwer 1.1.1 – klient

Diablo III będzie wymagać authenticatora – jak się z tym uporać BEZ Androida/iPhone’a?

Od premiery najnowszego hitu Blizzarda, Diablo III, deweloper (czy raczej dostawca usługi, patrząc na formę gry) nie może się odpędzić od problemów. A to pady, to przepełnienia serwerów, aż wreszcie – włamania na konta i kradzieże przedmiotów.

W związku z tym ostatnim problemem, Blizzard nie może sobie pozwolić na kolejne masowe włamy przy uruchamianiu Walutowego Domu Aukcyjnego (zakładam, że każdy wie, o czym mowa, ale jeśli nie – dom aukcyjny wewnątrz gry, pozwalający na zakup/sprzedaż przedmiotów, wkrótce także za prawdziwe pieniądze, a nie tylko growe sztabki złota).

W związku z tym, zgodnie z ostatnią aktualizacją polityki bezpieczeństwa battle.netu, już wkrótce jakiekolwiek operacje powiązane z płatnościami prawdziwą walutą, będą wymagały pełnego zabezpieczenia konta Battle.net (czyli także D3), tj. podpięcia authenticatora.

Istnieją dwa rodzaje authenticatorów – jeden, fizyczny, który z oczywistych powodów trochę kosztuje; jak i drugi – mobilny – dostępny na smartfony (tj. telefony z systemem operacyjnym Android/iOS/BlackBerry/Windows Phone), a także parę starszych modeli telefonów.

Konieczność dodania nowego rodzaju zabezpieczenia jest dla co poniektórych problemem nie do przeskoczenia, czytam nawet sporo głosów, jak to Blizz naciąga na kolejne złotówki biednych Polaków. ;-)

Owym to graczom, nie posiadającym/nie chcącym posiadać ani smartfona, ani sprzętowego authenticatora, dedykuję niniejszy wpis – i dla Was jest rozwiązanie.

Dzięki otwartości paru przyjemnych platform, możliwe stało się napisanie swoistego “emulatora” androidowej aplikacji, dzięki czemu możliwe jest przypięcie “mobilnego” zabezpieczenia odpalonego na Windowsie. Wystarczy skorzystać z open-source’owej aplikacji WinAuth, hostowanej na GoogleCode – i podpiąć ją na battle.necie jako mobilny authenticator.

Program jest na tyle inteligentny, że przy pierwszym uruchomieniu sam proponuje i tworzy odpowiednie zabezpieczenie i pomaga w procesie dodania go do konta B.Net. Po dodaniu zaś, prezentuje w przyjazny sposób 30-sekundowe kody, które należy podać przy logowaniu się do gry/panelu zarządzania kontem – w 100% wygodnie, dzięki możliwości skopiowania kodu, jest nawet wygodniejszy od mobilnego, bo nie trzeba niczego przepisywać.

Gorąco polecam – to działa. :) Przestrzegam jedynie przed dwoma sprawami:

1) Trzymajmy na komputerze zainstalowany antywirus z odpowiednią ochroną przeciw spyware, aby przypadkiem jakiś keylogger nie przechwycił tego, co mamy w schowku;

2) Aplikacja jest open-source, dzięki czemu możemy sami sprawdzić jej kod i upewnić się, że na żadne bot-komputery nie wysyła wrażliwych danych. Jednakże to samo sprawia, że każdy mógłby zmodyfikować jej zawartość i przerobić na sprytnego wykradacza kodów; Dlatego też ściągajcie go wyłącznie z Google Code, a nie z żadnych pomocnych serwisów hostingowych, tak na wszelki wypadek.